Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   43
                   

Adam "PAiN" Kurowski

PRODUCENT: Spark Unlimited    DYSTRYBUTOR: Activision   GATUNEK: FPP   WWW: http://www.callofduty.com/finesthour/main.html


Równo rok po ukazaniu się pierwszego Call of Duty mamy okazję ponownie rzucić się w wir Drugiej Wojny Światowej. Lecz czy Finest Hour jest godnym następcą, czy też nieumiejętnie odgrzanym kotletem? Po odpowiedź na to pytanie zapraszam do dalszej części tekstu.



Call of Duty był ostatnią grą jaką ukończyłem na moim ledwo dyszącym już blaszaku, zanim postanowiłem przesiąść się na konsole. Do dziś wspominam ją jako jedną z niewielu gier fenomenalnie obrazujących realia tamtejszej wojny. Chaos, zaszczucie, liczenie się z każdym nabojem – wszystko to oprawione świetną grafiką, muzyką i klimatem. Finest Hour miał wszystkie te cechy spotęgować, choć nadal bazował na engine Quake’a 3. Najważniejszą różnicą pomiędzy oboma tytułami jest fakt, iż Finest Hour wyląduje wyłącznie na konsole [PS2, Xbox, NGC]. Za Tworzenie Call of Duty: Finest Hour wzięła się grupa Spark Unlimited. Większość kodu programu została stworzona od nowa, powstały nowe poziomy, lokacje etc – innymi słowy nie otrzymujemy konwersji, lecz kompletnie nowy produkt.



Tryb single player składa się z kampanii, w kolejności ukazującej wojnę z perspektywy Sowietów, Brytyjczyków oraz Amerykanów. Każda ze stron konfliktu to odrębny epizod gry, składający się z poszczególnych misji. Rozgrywka sprawia wrażenie spójnego opowiadania. Zaczynamy grę jako zwykłe mięso armatnie w ataku na Stalingrad – ot zwykły szeregowiec będący jednym z wielu żołnierzy biorących udział w desancie. Z czasem spotkamy Tanyę – sowieckiego snajpera płci żeńskiej. Od tego momentu kierujemy jej poczynaniami, aż do czasu gdy spotkamy kolejną kluczową postać. I tak już do końca gry. Każda z takich postaci przed daną misją ‘opowiada’ nam kawałek swej historii – pełni to rolę wstępu do gry i przedstawione jest w formie pamiętnika. Drobny smaczek, a cieszy.
Misje jakie przyjdzie nam wypełniać wcale nie są takie zróżnicowane. Będą polegać głównie na zdobyciu kluczowych punktów strategicznych, bądź obrony takowych. Niekiedy będziemy przebijać się przez linię obrony wroga, innym razem przyjdzie nam dziesiątkować jego nacierające oddziały. Jedyne misje zasługujące na uwagę to te, gdzie w grupie penetrujemy miasteczka [np. to znajdujące się w Afryce Północnej]. Lecz przeważnie będziemy mieć ‘przyjemność’ eskortowania segmentu czołgów bądź zasiadania za sterami jednego z nich. Specjalnie ironizuję, gdyż to najsłabszy element gry. Dlaczego więc akurat on najcześciej występuje w grze. Z początku myślałem, że akcja się rozkręci, spotkają mnie bardziej wyszukane zadania wykonywane ‘na piechotę’, że wreszcie poczuję atmosferę prawdziwej wojny. Lecz niestety im dalej w grze, tym częściej zastanawiałem się nad jedną rzecza - czy ja gram w FPP, czy też w słaby symulator czołgu? I do cholery dlaczego tak ciężko się steruje tymi pojazdami? Przecież dwa analogi powinny raczej pomagać niż utrudniać to zadanie. Już klawiatura i myszka lepiej zdawała egzamin pod tym względem.



Na froncie walki prawie nigdy nie pozostajemy sami. Przeważnie towarzyszy nam kilku ‘braci broni’. Można wydawać im polecenia – jak zareagują zależy od sytuacji w jakiej obecnie się znajdujemy. Mogą posunąć się dalej, wyważyć drzwi, bądź też wrzucić granat do danego pomieszczenia. Niestety nie zawsze wykonują to, czego od nich oczekujemy. Wiele razy zamiast wbić się do pokoju/korytarza to wręcz uciekają w przeciwną stronę. Wiadomo więc, że w takich momentach czeka nas ołowiowy deszcz, wśród którego jako pierwsi będziemy lawirować. W innych sytuacjach zaś okazują się bardzo pomocni – niejeden raz ‘zdejmą’ jakiegoś wrogiego żołnierza za nas, poinformują o tym co dzieje się na polu bitny [np. o nadciąganiu wroga z panzersheck’ami]. Wszystko to buduje klimat wojny, w której nie jesteśmy skazani na samych siebie. Jeśli chodzi o oponentów – ich AI także miejscami pozostawa wiele do życzenia. Raz przejawiają samobójcze zachowanie, a kiedy indziej nawet na naszą obecność nie zareagują. Najcześciej zaś będziemy mieli ochotę sprawdzić odporność pada na zderzenia ze ścianą, a to tytułem poziomu trudności. Już na ‘easy’ wrogie jednostki mogą nam napsuć krwi. I to nie tylko z powodu ich ilości i bardzo dobrej celności - po prostu w Finest Hour mamy bardzo małą liczbę checkpoint’ów. Niejeden raz będziemy zmuszeni do powtarzania levelu zanim wpadniemy na pomysł przebicia się przez oddziały wroga.
Mocną stroną Finest Hour jest arsenał, jakim przyjdzie nam się posługiwać na polu walki. Fani militariów powinni więc czuć się jak ryby w wodzie. Nieśmiertelny Thompson, MP40, Kar98, PPSH – to tylko kilka przykładów, gdyż cały arsenał łącznie liczy sobie około piętnastu pukawek. Oczywiście do tego dochodzą różnego rodzaju granaty czy też miejscowe działka, nad którymi możemy przejmować kontrolę. Każda z broni ma swoje zalety jak i wady, objawiające się czasem przeładowywania czy też celnością. A gdy skończy nam się amunicja, zawsze możemy zapoznać wroga bliżej z naszą kolbą. Na raz możemy nieść dwie bronie, granaty [oraz inne materiały wybuchowe] i apteczki. Te ostatnie nie tylko posłużą nam ale także kompanom - oczywiście jeśli zdecydujemy się ich uzdrowić.



Przejdźmy do mniej przyjemnych rzeczy – czyli tych, które mnie szczególnie irytowały w grze. Grafika rozczarowuje. Rozumiem, że gra równocześnie ukazała się na wszystkich trzech konsolach o różnej specyfikacji, ale jak można było dopuścić aby Finest Hour wyglądał gorzej od poprzednika? To samo tyczy się menu w grze – brzydkie i w niskiej rozdzielczości. Interface w grze jest uboższy od tego, znajdującego się w Call of Duty. Jeśli chodzi o sterowanie - dziwne i lekko nienaturalne, gdyż sprawia wrażenie sunięcia nad powierzchnią, a dodatkowe utrudnienia napotkamy zasiadając za sterami czołgów. Granaty? Zapomnijcie o precyzji przy rzucaniu, gdyż nigdy nie wiadomo w jaki sposób się odbiją... nie wspominając o ich nienaturalnej wadze. Nie podoba mi się także znikanie przeciwników po ich uprzednim uśmierceniu. To samo tyczy się ustrzelonych czołgów. Dodatkowo w niektórych lokacjach spotkamy się z nieskończonym zasobem amunicji [np. do panzershek’ów, dzięki którym musimy wyeliminować niemieckie czołgi ostrzeliwując je z okien]. A co powiecie na przedmioty [bronie, apteczki etc] lewitujące w powietrzu, wbite w ścianę, bądź zatopione w podłodze, których nie można w żaden sposób podnieść? Do tego wszystkiego wyjątkowo frustrująca jest niemożność zabicia z dystansu niektorych postaci, jeśli są pod jakimś względem kluczowe [np. strzegą dział przeciwlotniczych] – jesteśmy wtedy zmuszeni podejść dostatecznie blisko, aby zaryzykować uszczerbek na zdrowiu. Wszystko to psuje dostatecznie realistyczne odczucia jakie powinniśmy wnieść z grania w Finest Hour.



Spodziewałem się gry, która przebije [bądź przynajmniej dorówna poziomowi] Call of Duty. Niestety rozczarowałem się niezmiernie. W grze osadzonej w realiach Drugiej Wojny Światowej powinno dziać się dużo, naprawdę dużo. To właśnie oferował poprzednik. Finest Hour potrafi znużyć – i to chociażby ze względu na zbyt częste misje z udziałem czołgów. Nie mogę mieć zastrzerzeń jedynie co do arsenału zawartego w grze, muzyki tworzącej klimat oraz przerywników filmowych, będących prawdziwymi filmami z okresu wojny. Jedynymi bonusami po ukończeniu gry jest odblokowanie trzech filmikow przedstawiających tworzenie gry, fizyki postaci oraz paru cheat’ów. Polecam ponowne zagranie w Call of Duty na PC, niż przeżycie rozczarowania, jakie towarzyszy Finest Hour.

PS. Tryb multiplayer oferuje standardowe tryby – deathmatch, team deatmatch oraz capture the flag. Do tej listy dodano jeden nowy – search & destroy – będący zabawą w podkładanie/rozbrajanie bomb. W rozgrywce sieciowej może wziąć udział do 16 graczy.



Voo:
Podobnie jak PAiN zaliczyłem najpierw pecetowy pierwowzór CALL OF DUTY i pewnie dlatego ja również kręcę nosem grając w FINEST HOUR. Pal diabli toporne sterowanie i mozolność rozgrywki, to akurat częsta choroba konsolowych fps-ów (chociaż dlaczego czołgiem kieruje się gorzej za pomocą analogów niż było to w przypadku klawiatury tego pewnie nigdy nie zrozumiem). Najgorsze jest to, że ulotnił się gdzieś klimat wojennego koszmaru, nie ma miejsca na uczucie osaczenia i bezradności. A raczej jest, ale tylko wtedy gdy coraz bardziej zirytowani czekamy na dotarcie do checkpointu. Takie ograniczenie ich ilości to dla mnie zwykłe chamstwo i sztuczne wydłużenie czasu gry. Cieszą elementy których nie było w wersji PC, takie jak chociażby możliwość burzenia niektórych ścian za pomocą czołgu albo masakrowania piechoty z karabinu maszynowego zamontowanego na jego pokładzie ale w ogólnym rozrachunku FINEST HOUR bardziej irytuje niż dostarcza satysfakcji. Oczywiście możecie wydać na tę grę prawie dwie stówy ale lepszym pomysłem będą 2-3 wizyty w kafejce lub u kumpla i zaliczenie mającej już ponad rok na karku a i tak o niebo lepszej wersji PC. Tak radzi wam zatwardziały konsolowiec – żeby nie było wątpliwości.




  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   43